Powrót do Polski, Manning Park – Kraków 8600 / 8600 km

Pensjonat, w którym spędziliśmy pierwsze godziny po ukończeniu szlaku, w szczycie sezonu dawał hikerom możliwość kąpieli, skorzystania z basenu i przeczekania do rana w jednym z pomieszczeń budynku. Nam niestety nie było dane skorzystać ze wszystkich tych dobrodziejstw…Po kąpieli i zjedzeniu posiłku musieliśmy opuścić podziemia pensjonatu, ponieważ zgody na przeczekanie nocy nie otrzymaliśmy (oficjalnie sezon PCT uznano za zakończony). Jeden z pracowników zaoferował nam jednak podwózkę do najbliższego miejsca gdzie mogliśmy rozbić namiot. Tak też zrobiliśmy i ostatnia noc „na szlaku” także przyszło nam spędzić w namiocie 🙂 Nad ranem stanęliśmy przy autostradzie nr 3 w celu złapania stopa do Vancouver. Ruch na autostradzie okazał się dużo mniejszy niż podejrzewaliśmy. Napięcie rosło, ponieważ tego samego dnia o godzinie 22:00 mieliśmy już siedzieć w samolocie a odległość do samego Vancouver to coś około 220 km. Tego dnia uśmiechnęło się jednak do nas szczęście i jeden z kierowców małej ciężarówki wiozącej palety zlitował się nad dwójką hikerów z Polski. Zabrał nas na pokład swojego samochodu i po około 3 godzinach znaleźliśmy się na przedmieściach Vancouver. Tam podczas śniadania poznaliśmy jednego z kierowców miejskiego autobusu, który zaproponował nam przejażdżkę i darmowy bilet dający nam możliwość bezpośredniego dotarcia do miejscowości Richmond sąsiadującej z lotniskiem międzynarodowym w Vancouver. Co ciekawe miejscowość ta w większości zamieszkała jest przez ludność pochodzenia Azjatyckiego. Fakt ten nie był dla nas bez znaczenia. Chcieliśmy, bowiem zrobić małe zakupy na podróż, która w naszym przypadku miała potrwać łącznie aż 50 godzin. Jedynym supermarketem, który znajdował się w okolicy był market chiński, który w swojej ofercie miał głównie żywność  i przysmaki z Państwa Środka. Nam udało się jednak znaleźć kilka produktów pochodzenia europejskiego 🙂 Po skompresowaniu bagażów do jednego rejestrowego i jednego podręcznego, przejściu odprawy o godzinie 22:00 znaleźliśmy się w samolocie do Calgary. Tam po około 10 godzinach oczekiwania, przesiedliśmy się na samolot do Halifax (w dalszym ciągu Kanada). Na tym lotnisku spędziliśmy około 5 godzin, skąd mieliśmy polecieć do Glasgow. W stolicy Szkocji spędziliśmy około 12 godzin, odwiedzając sąsiadujące z lotniskiem stare miasto. Ze Szkocji mieliśmy już bezpośredni lot do naszej ojczyzny. 22 października około godziny 00:00 wylądowaliśmy w Gdańsku, z którego busem około 5 rano odjechaliśmy do Krakowa. W ten sposób nasza wyprawa dobiegła końca i symbolicznie zatoczyła koło 🙂

dsc01043 dsc01041 dsc01040

 

Snoqualmie Pass – Manning Park 4279 / 4279

Przełęcz Snoqolmie okazała się kolejnym kurortem narciarskim, który w okresie zimowym przyciąga miłośników białego szaleństwa. W kurorcie spędziliśmy niecały dzień rozbijając namiot w okolicach szlaku PCT.  Niestety okoliczne zajazdy i motele znajdowały się poza naszymi możliwościami budżetowymi J. Udało nam się jednak skontaktować z urzędem pocztowym w Crater Lake gdzie jakiś czas temu wysłaliśmy paczkę z jedzeniem. Będąc w okolicach Crater Lake nie odebraliśmy jej chcąc „przerzucić ją” do innego miejsca za pośrednictwem poczty. Co się jednak okazało, paczka zaginęła. Niestety poczta w Crater Lake nie może przetrzymywać paczek dłużej niż 2 miesiące o czy nie mieliśmy zielonego pojęcia. Paczka została więc odesłana. Gdzie? Na to pytanie odpowiedzi nie znamy do dzisiajJ 5 października nad radem wyruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku przełęczy Stevens Pass. Pierwszego dnia po dotarciu do miejsca o nazwie Lehman Greek postanowiliśmy zawiesić zmagania ze szlakiem na ten dzień. Nad ranem obudziła nas ulewnie padający deszcz i dziwnie falująca podłoga namiotu. Po wyjrzeniu poza próg namiotu okazało się, że nasze buty dryfowały na wodzie a sam namiot znalazł się w centrum sporej kałuży. Plecaki na około 5 cm zapadły się pod „lustem” kałuży J Po przeprowadzeniu małych prac melioracyjnych, spakowaliśmy sprzęt do przemoczonych plecaków i naładowani negatywną energią ruszyliśmy na szlak J Deszcz towarzyszył nam przez kolejne dni aż do samej przełęczy Stevens Pass. Na dzień przed osiągnięciem przełęczy deszcz zmoczył nas dokumentnie. Plecak a także znajdujący się w nim sprzęt (śpiwory, kurtki puchowe, „suche” ubrania do spania”) przemokły do suchej nitki. W nocy temperatura spadł do około 0 stopni co w tych warunkach oznaczało mokrą i bardzo zimną noc, gdzie sen wydawał się jedynie pobożnym życzeniem. Dnia następnego po pokonaniu sporych przewyższeń dotarliśmy do przełęczy Stevens Pass, skąd stopem udaliśmy się do miejscowości Bering, gdzie swój dom ma rodzina Dinsmorów, prowadząca tzw. Hiker Heaven. Dzięki gościnności tych aniołów mogliśmy wyprać i wysuszyć przemoczone ubrania a także wziąć gorący prysznic. Konieczne były także zakupy, mając w pamięci zaginioną paczkę. Pobyt u rodziny Dinsmorów nieuchronnie dobiegł jednak końca. Pogoda się poprawiła, co dawało nam szansę na szybkie i „suche” pokonanie kolejnych kilometrów szlaku. Tak w 3,5 dnia udało nam się pokonać sprawnie około 140 km szlaku, kiedy to pogoda zepsuła się na dobre już do końca…szlaku PCT. W okolicach Claudy Pass, zaskoczyła nas ulewa, która następnego dnia przed przełęczą Rainy Pass, zamieniła się w zamieć śnieżną. Z tej przełęczy postanowiliśmy złapać stopa do miejscowości Mazanma, gdzie schronienie hikerom oferował kolejny anioł. Była nim Carolyn ‘Ravensong’ Burkhart, pierwsza kobieta, która pokonała szlak PCT solo J Tam otrzymaliśmy informacje o zbliżającym się huraganie, który lada dzień ma uderzyć w zachodni wybrzeże stanu Waszyngton. Chcąc uniknąć zdmuchnięcia z grani PCT postanowiliśmy przeczekać te ciężkie warunki. Dodatkowo docierały do nas informacje, że na odcinku od przełęczy Harts Pass po samą granicę z Kanadą szlak został całkowicie zasypany przez obficie padający śnieg. Informacje te nie napawały nas optymizmem, dodatkowo mając na uwadze fakt, że mieliśmy już zakupione bilety na samolot z Vancouver na 19 października. Na dokończenie szlaku daliśmy sobie 3 dni. 16 października stanęliśmy na drodze prowadzącej do Harts Pass. Po około 2 godzinach udało nam się dostać w okolice przełęczy. Droga dojazdowa była pokryta około 30 cm warstwą śniegu, co dawało już nam wyobrażenie o tym jak będzie wyglądać sama przełęcz Harts Pass i szlak PCT. Przed osiągnięciem przełęczy, zmyleni jednym ze znaków wskazujący kierunek PCT zgubiliśmy drogę. Na dzień dobry mieliśmy około 4 mil „w plecy”. Po dojściu do przełęczy Harts Pass okazało się, że panują tam warunki całkowicie zimowe, z pokrywą śniegu około 1 metra. Brodząc po kolana  w śniegu, torując szlak dotarliśmy w okolice przełęczy Bison Pass. gdzie postanowiliśmy o zejściu ze szlak i kontynuowaniu wędrówki nieco niższą drogą przeznaczoną dla jeepów. Tam około godziny 18:00, wykończeni torowaniem szlaku postanowiliśmy o rozbiciu namiotu. Poszukując miejsca obozowego natknęliśmy się na niewielką chatkę, która przez nikogo niezamieszkała stała się naszym miejscem noclegowym. Dnia następnego znaleźliśmy się już na szlaku PCT. Po krótkiej naradzie, i skonfrontowaniu mapy i kalendarza, doszliśmy do wniosku, że dalszy marsz szlakiem PCT w tych warunkach nie dawał nam szans na dotarcie na czas. Wtedy to podjęliśmy decyzję o orientacyjnym zejściu ze zbocza Windy Pass w kierunku jednej z rzek. Idąc w dół tej rzeki dotarliśmy do bardzo mało uczęszczanego szlaku, który ostatecznie miał nas doprowadzić do jednej z alternatywnych dróg prowadzących do szlaku PCT dużo niższą wysokością. Na drodze ku granicy z Kanadą, największą przeszkodą okazała się przełęcz Frosty Pass, którą pokrywała gruba warstwa śniegu. Po jej przekroczeniu i odnalezieniu szlaku PCT mogliśmy już spokojnie kontynuować podróż ku granicy USA. Po 163 dniach wędrówki, o godzinie 16:28 położyliśmy rękę na słupku symbolizującym granicę pomiędzy USA a Kanadą. Pełni euforii połączonej z piekielnym zmęczeniem, pogratulowaliśmy sobie wzajemnie i zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć. Szlak PCT się jednak nie kończył, przed nami był jeszcze 14 km odcinek od granicy do autostrady  nr 3, która w rzeczywistości wyznacza koniec szlaku. Około godziny 21:00 dotarliśmy do wspomnianego miejsca. Dzięki uprzejmości jednego z pensjonatów mogliśmy się wykąpać, zjeść zasłużoną kolację i na spokojnie planować powrót do domu.

Hood River/Cascade Locks – Snoqualmie Pass 3850 / 4279

Po zakupach w Hood river udalismy sie do miasteczka Cascade Locks w ktorym spedzilismy jeszcze jedna noc u zaprzyjaznionego z hikerami Trail Angela „Shreka”. Rano przekroczylismy granice Stanu Waszyngton na tzw. Moscie Bogow i rozpoczelismy ostatni etap naszej amerykanskiej przygody. Pierwsze dni w nowym stanie to wedrowka w strone przepieknego wzgorza o nazwie Mount Adams. Dzieki bardzo dobrym warunkom pogodowym udalo nam sie bez wiekszych problemow sprawnie pokonac ten odcinek PCT. Problemy rozpoczely sie po wejscio do Parku Goat Rocks Wilderness. 1 pazdziernika kierowalismy sie w strone gory o nazwie Old Snowy Mountain, kiedy to doszlo do calkowitego zalamania pogody. W rejonie grani szczytowej zaskoczyla nas sniezyca i bardzo mocno wiejacy wiatr. Warunki nagle zrobily sie bardzo ciezkie a szlak PCT zaczal zanikac pod powiekszajaca sie z minuty na minute pokrywa sniegu. W pewnym momencie zgubilismy slad i bralismy pod uwage wycofanie sie do najblizszego miejsca biwakowego, Ostatecznie podjelismy ryzyko i ze spora doza szczescia odnalezlismy zarys szlaku. Po osiagnieciu najwyzszego punktu na grani rozpoczelismy zejscie w strone doliny gdzie warunki z kazdym kilometrem ulegaly poprawie. Tak szczesliwie po 35 kilometrowym marszu z dwiema przerwami po 15 dotarlismy do przeleczy White Pass. Tam na stacji benzynowej odebralismy paczke z jedzeniem na kolejny etap szlaku. Na stacji spotkala nas takze bardzo mila niespodzianka. Zaraz przed zamknieciem stacji, pracujaca tam przemila Pani podarowala nam kilka „snackow” krore lada chwila mialy wyladowac w koszu w zwiazku z zamkniecem stacji. Kolejne dni to codzienne zmaganie sie z ulewnie padajacym deszczem, gesta mgla i bradzo niskimi temperaturami ( w nocy minusowa temperatura jest juz standardem). 4 pazdziernika nad ranem dotarlismy do przeleczy o nazwie Snoqualmie Pass skad piszemy te ralacje. Co jakis czas przed przelecza zza gestej mgly wylanial sie ogrnomy masyw gory Mount Rainier robiacy kolosalne wrazenie. Do konca szlaku pozostalo nam ok 430 km jednak koncowe kilometry daja nam mocno w kosc. Padajacy nieustannie descz i niska temperatura nie daja mozliwosci wysuszenia ubran i tak kazdy dzien rozpoczynamy w mokrych butach i przemoczonych spodniach 🙂 Pogoda z koncem tygodnia ma sie nieco polepszyc jednak nie liczymy juz na tak rozpamietywane z rozrzewnieniem przez nas pustynne upaly :)Przed „slupkiem” koncowym mamy nadzieje odezwac sie raz jeszcze jednak nieuchronnie nasza wyprawa powoli dobiega konca…

Cascade Locks – Snoqualmie

Bend – Hood River 3450 / 4279 km

Bend to bardzo urokliwe miasto, ktore zamieszkuje okolo 80 tys. obywateli US. Jak na „warunki PCT” jest wiec ono bardzo duze co bardzo szybko odczulismy na wlasnej skorze. Odleglosci pomiedzy naszymi ulubionymi sklepami spozywczymi, biblioteka i „wylotowka” na szlak (trzy strategiczne punkty w kazdym miescie i miasteczku:))byly dostyc spore co w znacznym stopniu wplynelo na nasz czas pobytu w tym miescie. Od razu podjelismy probe skontaktowania sie z jakims „aniolem”, jednak na odpowiedz przyszlo nam poczekac do wieczora. Wtedy wlasnie Lian S. odezwala sie do nas z propozycja noclegu z cieplym prysznicem 🙂 Po dokonanych zakupach o godzinie 20:00 siedzilismy juz w cieplym i pelnym „hikerskiej” atmosfery domu Lian. Jej maz Jeremy rok temu przeszedl caly szlak PCT a ona towazyszyla mu przez cala podroz, odwiedzajac go w poszczegilnych punktach PCT. Od tego czasu, kiedy tylko moga pomagaja takim zblakanym hikerom jak my 🙂 Nazajutrz rano udalismy sie do centrum w celu dokonania ostatnich zakupow i odwiedzenia biblioteki. Niestety tego dnia nie udalo nam sie wydostac z miasta. Proba zlapania stopa na wylotowke miasta zakonczyla sie porazka i w ten sposob na noc utknelismy w samym sercu Bend. Geste zabudowania nie dawaly nam szans na znalezienie jakiegos przytulnego miesca do rozbicia namiotu, jednak i tym razem sobie poradzilismy. Gdzie spedzilismy te noc, to pozostanie nasza slodka tajemnica mozemy jednak zdradzic, ze mielismy swietny widok na zabytkowa czesc miasteczka 🙂 Dnia nastepnego bez wiekszych problemow udalo nam sie zlapac stopa do Elk Lake, oddalonego od szlaku o okolo 1 km. Otaczajacy nas krajobraz to w dalszym ciagu geste lasy i pojawiajace sie co jakis czas na widnokregu przepiekne jeziora. Na drodze do jednego z nich mielismy okazje podziwiac w oddali ostre szczyty trzech siostrzanych gor tzw. Three Sisters. Po kilku dniach marszu dotarlismy do jeziora Big Lake i polozonego nad nim campingu. W tym miejscu o dobrych kilku lat, hikerzy moga liczyc na bezgraniczna i zyczliewa pomoc czlonkow kosciola Adwentystow Dnia Siodmego. W ramach tej pomocy oferuja oni mozliwosc przespania sie na wygodnym lozku, prysznic i TRZY POSILKI DZIENNIE. Ogol tego dobrobytu na tyle zaworcic nam w glowie ze w tym miejscu postanowilismy spedzic bonusowe dwa dni zerowe 🙂 Z pelnymi zoladkami wrocilismy na szlak zeby przez kolejne dni zmagac sie z dosyc ostrymi podejsciami pod gory Mt. Jefferson i Mt. Hood. Niestety pogoda zepsula sie na dobre i slonca nie widujemy juz za czesto. Do tego doszly czeste opady i bardzo zimny wiatr. Ogolnie klimat jesienno/ziomowy w pelni 🙂 Obie wspomniane gory to bardzo ciekawe wzniesienia i gdyby nie goniacy nas czas, na pewno wspielibysmy sie na oba szczyty 🙂 Pod Mt. Hood spedziolismy bardzo przyjemny poranek w zabytkowym pensjonacie o nazwie Timberline Lodge, ktory fanom Stephena Kinga moze byc dobrze znany z ekranizacji powiesci grozy „Lsnienie”. Pobyt w „lodgu” szybko jednak dobiegl konca a na szlaku czekaly nas kolejne atrakcja. Jedna z nich byl wodospad Ramona Fall, ktory odwiedzilismy 21 wrzesnia wczesnym rankiem. Kolejna byl malowniczy szlak o nazwie Eagle Creek wraz z jego wizytowka, czyli tunelem poprowaadzonym bezposrednio pod wodospadem. Punkty te znajduja sie w sasiedztwie szlaku PCT, sa one jednak w 100 procentach warte wykonania tego „skoku w bok”:) Po zejsciu ze szlaku, zlapalismy stopa do ostateniego punktu w Oregonie miasteczka Hood River polozonego nad rzeka Columbia River. Juz jutro powinnismy znalezc sie w nowym stanie Waszyngton, z ktorego to odezwiemy sie za jakies kilkanascie dni 🙂 Do konca szlaku zostalo juz naprawde niewiele….:)

Ashland – Bend 3080 – 4279

Miasteczko Ashland w którym spędziliśmy dwa dni przeznaczone na zakupy, odpoczynek i regeneracje okazało się bardzo urokliwym i ciekawym miejscem. Co roku odbywa się tutaj bowiem jeden z najbardziej znanych Festiwali Shakespeare-owskich na świecie. Przechadzając się po mieście dało się zauważyć że festiwal trwa nadal, czego potwierdzeniem byli turyści tłoczący się w centrum miasta. My jednak byliśmy zmuszeni pozostać obojętni na to doniosłe wydarzenie 🙂 Po załatwieniu dużej ilości przyziemnych spraw wieczorem pojawiliśmy się na „wylotówce” na szlak 🙂 Dosyć szybko udało nam się na niego wrócić i za biwakować po przejściu kilku kilometrów. Przez kolejne dni wędrowaliśmy przez Lasy Narodowe Rogue River, Winema i Park Narodowy Sky Lakes. Góry Oregonu są jedyne w swoim rodzaju i bardziej przypominają nasze Bieszczady lub Beskidy. Gęsto zalesione zbocza gór, często zwieńczone są płaskim szczytem – co świadczy o wulkanicznym pochodzeniu tego pasma. Najlepszym dowodem na to jest jezioro Crater Lake, które odwiedziliśmy 4 września. Jednak żeby dotrzeć do jeziora musieliśmy nieco zboczyć ze szlaku PCT. Odpowiedzią na pytanie czy było warto niech pozostaną zdjęcia umieszczone pod tym wpisem 🙂 Samo jezioro w najszerszym punkcie ma około 10 km a woda wydaje się być krystalicznie czystym błękitem. Powrót na szlak PCT to marsz zboczami bardzo strzelistego szczytu o nazwie Mt. Thielsen, którego jednak nie mogliśmy dostrzec przez gęsta mgle wiszącą nad górami. Tego tez dnia zaliczyliśmy pierwszy marsz w rzęsistym deszczu i temperaturze około 10 stopni… Wiele osób ostrzegało nas o bardzo deszczowej pogodzie w Oregonie, ale jednocześnie zapewniano nas, że należy się jej spodziewać w okolicach października… Niskie temperatury zaskoczyły wiec nie tylko nas 🙂 Przez kolejne dni aż po dziś dzień (9.09) o poranku wita nas temperatura około 3 stopni, żeby za dnia osiągnąć tak pożądany przez nas poziom około 23-25 stopni 🙂 Robi się wiec coraz ciekawiej, jednak nie zapominamy o tym, że mamy już wrzesień, który z latem ma już niewiele wspólnego. Pomimo niskich temperatur Oregon jednak da się lubić 🙂 Widoki jakie towarzyszą nam na co dzień urzekają i napełniają nas optymizmem na kolejne kilometry szlaku. Samo PCT wiedzie często płaskowyżami i niezbyt stromymi zboczami gór co w znacznym stopniu ułatwia nam realizowanie założeń kilometrowych. W dalszym ciągu wierzymy w końcowy sukces wyprawy nie zrażając się na powstające przeciwności losu 🙂

Mt. Shasta – Ashland 2750 / 4279

W Mt. Shasta nie zabawiliśmy zbyt długo. Standardowa już wizyta w supermarkecie, bibliotece a wieczorem pojawiliśmy się już na „trailheadzie” PCT przy autostradzie międzystanowej nr 5. Powrót na szlak to wędrówka w stronę malowniczych gór Trynity Alps. Góry z początku przypominały nam już dobrze znany krajobraz leśny, który po pewnym czasie zmienił się w mieszany leśno-skalisty. Noc z 21/22 sierpnia spędziliśmy na malowniczo położonym „campie” z widokiem na góroujcą nad okolica Mt. Shasta. Kolejne dni to zaliczenie okrągłego 2500 kilometra trasy i przykry incident zwiazany z tajemniczą chorbą Grześka, która dopadła go nad ranem po wieczornej kolacji. Tego dnia niestety na szlak wyruszyliśmy bardzo późno i nie udało nam się zrealizować założonego planu przejścia 40 km. Po zażyciu kilku pigułek i odpoczynku, dnia następnego zatrucie zdawało się już ustępować i powróciliśmy do naszego standardu czyli 40 km dziennie i więcej. Tak po przekroczeniu drogi prowadzącej do miasteczka Etna znaleźliśmy się na terenie Parku Marble Mountain o bardzo skalistym ukształtowaniu. Wiele podejść, wspinaczki po trudnym terenie dawały nam mocno w kość, jednak  nie poddając się zrealizowaliśmy założony przez nas plan. Kierowaliśmy siś wtedy w kierunku miateczka o nazwie Seiad Walley, gdzie mieliśmy dokonać małych zakupów na kolejny odcinek dzielący nas od miasta Ashland. Na szlaku dowiedzieliśmy się, że w Seiad w sobote (27 sierpnia) odbywać się bedzie spora impreza, stąd nasza motywacja i gotowość bojowa wzrosła znacznie 🙂 W drodze do tego miesjca mieliśmy kolejne bardzo bliskie spotkanie z futrzanymi mieszkańcami lasu czyli niedziwedziami. Idąc (Grzesiek) szlakiem w pewnym momencie usłyszałem spory hałas i zamieszanie jakie wywołała moja osoba zaraz za zakrętem. Okazało się, że to niedźwiedzica z dwójką małych (najprawdopodobniej szukały pożywienia) i na mój widok wpadły w sporą panike. Młode w tempie sprinterea wdrapały sie  na ok. 20 mm szczyt drzewa – „matka” zaś oddaliła się w nie znanym kierunku. Idąc dalej, rozglądaliśmy się za wracajacą po młode niedzwiedzicą, która po pewnym czasie ukazała się w swojej pełnej postaci biegnąc w strnę szlaku PCT. Zatrzymaliśmy się i czekaliśmy na jej ruch, jednak ta kiedy nas zauważyła błysakwicznie zrobiła zwrot i w bardzo szybkim biegu uciekła w dól góry.  Dla nas był to dosyć stresogenny incident, ale widocznie dla samego zwierzaka rownież:) Tego samego dnia ok. 15:00 zameldowaliśmy się w mieście gdzie panowała rzeczywiście sielankowa atmosfera. Najprawdopodobniej byliśmy świadkami najbardziej doniosłego wydażenia w tym miasteczku, które na codzień jest spokojnym i niczym nie wyróżniającym się miejscem w Północnej Kalifornii. Kalifornii którą powoli opuszczaliśmy… Przed wejściem w „czeluścia” Oregonu mielśimy jeszcze okazję zaobserwować pożar jaki miał miejsce po drugiej stronie doliny Seiad Walley, którego efekty doskwierały i nam. Przez prawie dwa dni wędrowaliśmy w gęstym dymie i zapachu drzewnej spalenizny. Slonce z trudem przebijalo sie przez te gestwine a nad ranem na namiocie zalegala spora warstwa pylu. Slonca nie zobaczylismy i dnia nastepnego kiedy przekraczalismy granice z Oregonem, ktory slynie z deszczowej i chmurnej pogody 🙂 Od teraz jak niesie legenda PCT powinno byc troche latwiej, bo i gory nizsze jednak czy tak bedzie to sie okaze….:)

Quincy – Mt. Shasta 2411/4279

Noc z 4/5 sierpnia spędziliśmy na wysokości prawie 2500 m, skąd nad ranem udaliśmy się w stronę miasteczka/resortu Belden Town. Po 13 dniach na szlaku PCT bez „zawijania” do miast i miasteczek postanowiliśmy zrobić sobie „prezent”, którym miało być śniadanie w resortowej restauracji. Niestety….tego dnia na terenie kompleksu wypoczynkowego organizowane było wesele i lunchów nie serwowano…Jeżeli nie jesteśmy w „Truman Show” to chyba w jakimś innym programie… Wtedy tez mocno rozgoryczeni faktem nie zjedzenia wymarzonego burgera podjęliśmy decyzje o uzupełnieniu naszych zapasów w oddalonym o około 15 mil miasteczku o nazwie Quincy. Dzięki uprzejmości jednej z użytkowniczek amerykańskich dróg, około 14:00 dotarliśmy do biblioteki w Quincy skąd, pisaliśmy dla Was nasza ostatnio relacje. Po wizycie w bibliotece przyszedł czas na zakupy w supermarkecie pod którym już tradycyjnie spędziliśmy resztę dnia 🙂 Zazwyczaj obmyślamy wtedy plany na nadchodząca noc, gdzie by tutaj rozbić namiot z dala od zabudowań, ulicznego zgiełku i zasięgu lokalnej policji. Tak było i tym razem, finał okazał się jednak zaskakujący. Chodząc (Grzesiek) jak to mam w zwyczaju po jednym z marketów lustrując asortyment i ceny, zaczepił mnie jeden człowiek o wyglądzie typowego amerykańskiego ranchera (obcisłe spodnie Wranglery, mokasyny, koszula w kratę i stylowy kapelusz). Zapytał standardowo czy jestem PCT hikerem i czy mam gdzie spać. Na pierwsze pytanie odpowiedziałem twierdząco a na drugie przecząco 🙂 Zaraz po odpowiedzi na drugie z nich pojawiła się propozycja spędzenia nocy na ranchu wspomnianego Rachera o imieniu Teddy. Bez wahania odpowiedziałem ze do 30 min będziemy gotowi i możemy jechać z nim gdzie mu się podoba 😛 Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jeden z lokalnych barów gdzie jako goście Teddyego zostaliśmy poczęstowani przepyszna Whisky z cynamonem 🙂 Miejscem do którego zabrał nas Tedyy okazała się bardzo przestronna „cabina” czyli domek letniskowy z ciepłym prysznicem, lodówką, kuchenką i co najważniejsze, materacami do spania. Jaka cenę musieliśmy za to zapłacić? Odpowiedź można wysnuć z poprzednich postów dobrze znając już amerykańska uprzejmość i gościnność. Na ranchu o nazwie Deerwood Ranch spędziliśmy dwie noce i nie ukrywamy ze od pobytu w Tehachapie własnie w tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy. Wspomnimy jedynie że własnie w Tehachapie braliśmy ostatni gorący prysznic…:)Powrót na szlak odbył się nie bez małych perturbacji, kiedy to nie do końca mogąc dogadać się z naszym kierowca/dobrodziejem w pewnym momencie jechaliśmy w zupełnie inne miejsce niż to które obwieszczał napis na naszej „stopowej” tabliczce. Po powrocie do Belden Town okazało się ze wesele trwa tam w najlepsze:) Nasz dzień powrotu na szlak został wiec odwleczony o jeszcze jeden dzień ze względu na butelkę weselnego wina, która przypadkiem zagrodziła nam wejście na PCT 🙂 W poniedziałek 8 sierpnia rozpoczęliśmy mordercze 1900 m podejście pod gore z plecakami pełnymi jedzenia na kolejne 10 dni. Tego dnia niestety nie byliśmy w stanie przejść więcej niż 25 km…perspektywa kolejnych dni nie  wydawała się wiec kolorowa. Szczególnie, że teren z którym przyszło nam się zmagać nie powodował szczególnego wzrostu tak nam potrzebnej adrenaliny i endorfin 🙂 Las, gęsty las, jeszcze gęstszy las i tak dalej… Dodatkowo temperatura oscylująca około 35 stopni…Nie było łatwo i raczej nic nie zapowiadało poprawy. Lada dzień znaleźliśmy się w granicach Lassen Volcanic Wilderness, gdzie mogliśmy podziwiać wulkany i pozostałe po nich gołoborza zaschniętej lawy. Humory poprawiły nam widoczne w oddali szczyty Mt. Lassen i Mt. Shasta, które w oddali górowały nad otaczającym nas widnokręgiem. Na terenie Parku Lassen znajdował się także bardzo ważny dla nas punkt, którym był tzw. Midpoint PCT czyli równa polowa szlaku 🙂 Teraz już tylko bliżej niż dalej. Tego samego dnia chcąc uczcić nasz „mały sukces” zawitaliśmy na rancho do przyjaciela Hikerów Nicka w Drakesbad Guest Ranch. Zaserwowane nam dania w ramach tzw. „Szwedzkiego stołu” unieruchomiły nas w tym miejscu na dobre kilka godzin. Dzięki uprzejmości Nicka, mogliśmy zrobić tam pranie czy  wziąć gorący prysznic bez konieczności wnoszenia zryczałtowanej opłaty 🙂 Nazajutrz ruszyliśmy na szlak „potykając” się o arbuza z napisem PCT Enjoy 🙂 Taka dawka wody nie mogła umknąć i naszej uwadze. Po przepakowaniu plecaków, razem z arbuzem udaliśmy się w górę szlaku w kierunku Old Station 🙂 Tego samego dnia mieliśmy okazje zobaczyć na własne oczy, pierwszego futrzanego mieszkańca okolicznych lasów. Chodzi oczywiście o małego niedźwiadka, który wyszedł nam na przeciw na szlak. Był to jeszcze mały niedźwiadek, który raczej nie znał strachu przed ludźmi, chowając się lub wychodząc raz po raz z zarośli. Możliwe, że poczuł niesionego przez nas przepysznego arbuza 🙂 Zaraz przed miasteczkiem Old Station, miałem tez okazje spotkać „nieco” większego osobnika, który to jednak mocno spłoszony moja (Grzesiek) obecnością pognał w głąb lasu. Od Old Station szlak PCT wiedzie odkrytymi terenami gdzie słońce mogło już bez przeszkód operować swoja pełną mocą. Wtedy też po przejściu około 10 km złapał nas „mały kryzys”. Mieliśmy już serdecznie dość upału, nadmiaru wleczonych kilogramów i problemow z niedostatkiem wody. Tego dnia postanowiliśmy nie iść dalej i pozbierać myśli. Od tego dnia postanowiliśmy wdrożyć tzw. „plan naprawczy”, mający zmotywować nas do dalszej podroży 🙂 Do chwili obecnej plan działa bez zarzutów (nie bez skutków ubocznych pod postacią odcisków i otarć :)) Następnego dnia udało nam się przejść rekordowe w naszym przypadku 43 km w dosyć łatwym terenie. Warto jednak wspomnieć iż tego dnia napotkaliśmy dwa „Magicki” czyli miejsca z woda, napojami i przekąskami, które znacznie spowolniły nasze tempo marszu. 15 sierpnia zawitaliśmy do urokliwego miejsc o nazwie Burney Falls, gdzie mieliśmy okazje podziwiać tamtejsze wodospady. Z każdym dniem zbliżaliśmy się do autostrady międzystanowej nr 5, którą to mieliśmy udać się do miast Mt. Shasta na kolejne uzupełnienie zapasów. Dzień przez zawitaniem do miasteczka udało nam się osiągnąć o wiele więcej niż zamierzaliśmy. W około 12 godzin (razem z przerwami) pokonaliśmy odległość 45 km przy różnicy wzniesień około 2400 m….Czyli mniej więcej, to tak jakbyśmy wychodząc z Bałtyku rozpoczęli wspinaczkę na sam szczyt Rysów. Dumni, ale i zmęczeni zawitaliśmy do miasta Mt. Shasta gdzie spędzamy własnie nasz „dzień zerowy”. Kurujemy się, robimy zakupy a już jutro tj. 20.08 wracamy na szlak bo czasu mamy już niewiele 🙂

DSC00236 DSC00235 DSC00226 DSC00222 DSC00219 DSC00212 DSC00211 DSC00202 DSC00188

Red’s Meadows – Quincy 2070 / 4279

Nasza ostatnią relację zakończyliśmy w małej miejscowości wypoczynkowej o nazwie Reds Meadows. To z tego miejsca usilowalismy dostać się stopem do miasta o nazwie Mammoth Lake  Niestety tym razem nasz urok autostopowiczów nie zadziałał i do ML musieliśmy udać sie kursującym tam busem. Miasteczko Mammoth Lake okazało się przepięknym kurortem narciarskim o bardzo dobrze rozbudowanej infrastrukturze turystycznej, ktory i latem przyciaga bardzo wielu turystow z calego swiata. My nieprzyzwyczajeni do zgielku i halasu chcielismy jak najszybciej zalatwic nasze sprawy i udać sie spowrotem na szlak. Po zakupach pewnym krokiem udaliśmy się na pobliskie pole Campingowe, które podobno nieodplatnie mialo goscic hikerow PCT. Niestety posiadane przez nas informacje były juz nieaktualne… Podobno rok temu kilku hikerow do tego stopnia dało sie we znaki obsłudze campgroundu ze w tym roku zrezygnowano z bezplatnego goszczenia hikerow. Po raz kolejny bylismy wiec zmuszeni so kombinowania i spedzenia nocy w pobliskim lesie. Nie przeszkodzilo nam to jednak w swietowaniu 30 urodzin Maćka:-) W ML spedzilismy jeszcze jeden dzien po czym wrocilismy do Reds Meadows. Z tego miejsca ruszylismy dalej na szlak ku Parkowy Narodowemy Yosemite. Przebywając nadal w górach High Sierra dotarlismy do przełęczy Donahue gdzie oficjalne rozpoczyna sie Park Yosemite. Z tamtąd kierowalismy sie w strone doliny o nazwie Toulomne Meadows gdzie zameldowaliśmy się 15 lipca około południa. Tego dnia planowalismy zboczyc nieco z trasy i udac się w odwiedziny do Yosemite Valley. Szybko łapiąc stopa po okolo 1,5 godzinnej jeździe znalezlismy sie u podstaw slawnych ścian Half Dome i El Cap:-) Wrażenia z wizyty z Doliny Yosemite nie do opisania, a ogrom wspomnianych scian wprawia w oslupienie i niedowierzanie, że sa tacy smialkowie ktorzy wspinaja sie na nie bez asekuracji:-) Sama dolina chociaż przepiekna odtraszyla nas nieco swoim bardzo turystycznym charakterem. Ludzi jak na Monciaku w szczycie sezonu i do tego piekielny upał. Dlatego nastepnego dnia rano udalismy sie z powrotem do Toulomne Meadows. Tam po bardzo obfitym obiedzie zaserwowanym przez jednego z Aniołów zostaliśmy jeszcze na jeden dzień. Na zajutrz odwiedzilismy jeszcze biuro Rangera w celu wypożyczenia bear cannistrów które wymagane sa bezwzglednie na terenie calego Parku Yosemite. Zwiększyło to nieco wagę naszych plecaków ale nikomu z nas nie uśmiechalo sie placic pokaznyej kwoty mandatu czy tez, co gorsza byc pozbawionym jedzenia przez jednego z futrzatych mieszkancow parku:-) Przez park Yosemitee wedrowalismy przez klejne 4 dni. Następnie czekaly na nas trzy dosyc spore przelecze. Pierwsza z nich o nazwie Sonora Pass okazala sie bardzo stromym podejsciem o okolo 700 m przewyzszeniu. Droga na nia wiodla jednak malownicza grania co w 100 procentach rekompensowalo poniesiony trud. Kolejna przełęczą byla juz lagodniesza Ebbeth Pass, która okazala sie dla nas dosyć pechowa. Niestety w wynkiku nieporozumienia rozdzielilismy sie z Maćkiem i cały dzień upłynął nam na wzajemnym poscigu zboczami gór Sierra Nevada:-) Zakończył się on jednak sukcesem i wspólnyk odnalezieniem siebie na szlaku:-) Na kolejnej przełeczy o naziwe Carsson Pass, czekała nas z kolei niespodzianka pod postacią talerza pełnego owoców zaserwowanego przez lokalnych aniołów. Dnia nastepnego odmeldowalismy sie juz na jednej z autostrad prowadzoacej do  kolejnego miejca uzupełnienia naszych zapasów jakim było miasteczko South Lake Taho. 24 lipca znalezlismy sie we wspmnianym miejscu gdzie spedzilismy niecala dwa dni. Przed powrotem na szlak, odebralismy w miejscowosci Twin Bridges nowy aparat fotograficzny, ktorego gotowość bojową mamy okazje zaprezentować w tym wpisie. Pozostawiając za soba Lake Taho,pożegnaliśmy taże góry High Sierra. Od teraz bedziemy znajdowali się głównie na wysokości poniżej 2000 m n.p.m. Krajobraz jaki toważyszył nam przez kolejne kilkanaście dni to głównie bardzo suche tereny, bardziej przypominające nam dawno porzuconą pustynie niż tak ulubione przez nas strzeliste Góry Sierra Nevada. Co gorsza, podobnie jak na pustyni i w tym rejonie nie zawsze można liczyć na swobodny dostęp do wody. Podobnie i temperatura jest bardzo wysoko co nie zawsze pozytywnie wpływa na tempo marszu. Ale my się nie poddajemy i dzielnie maszerujemy dalej:-) Polepszenie tempa marszy jak i wartko zbliżający się środkowy punkt szlaku PCT wpływają na nas bardzo pozytywnie i z optymizmem patrzymy na kolejne kilometry naszej przygody:-)

DSC_0133 DSC_0116 DSC_0111 DSC_0089 DSC_0068 DSC_0065 DSC_0062 DSC_0059 DSC_0030 DSC_0017 DSC_0015

DSC00190 DSC00189 DSC00178 DSC00151 DSC00148 DSC00138 DSC00132 DSC00092 DSC00050 DSC00037 DSC00036